Zbigniew Kwiatkowski                       Filip Żurakowski

URODZIŁEŚ SIĘ, ABY WYGRAĆ

Historia Marka, który przeżył

piekło, lecz nie poddał się

i osiągnął wolność finansową

Odcinek 2

Kiedy pociąg wjechał na stację i minęło więcej jak piętnaście minut, wiedziałem, że dziś sielanki nie będzie? A może jednak? Może tata spotkał kolegę i trochę się spóźni, a może coś wypadło w pracy i musiał zostać po godzinach. A może poszedł do sąsiada, który miał kuźnię i trzeba było naprawić jakąś maszynę. Boże, jak ja pragnąłem, żeby był faktem któryś z tych przypadków. Niestety wiedziałem: gdy trwa to dłużej niż pół godziny, to będzie jak co dzień. Mama czekała z obiadem, zawsze długo łudząc się, że może ojciec nadejdzie. Niestety mijające godziny wróżyły jedno. Awanturę. Znowu nie będę wiedział, o co chodzi. Dlaczego? Przecież mama nic nie zrobiła. Nie zrobiła nic złego według mnie. No bo cóż w tym złego, że cały dzień prała rzeczy w wielkiej drewnianej wannie na blaszanej tarce. Cóż w tym złego, że zdążyła przygotować na czas przyjazdu pociągu obiad? To były tylko placki ziemniaczane, (które ja uwielbiałem), ale czekała z nimi i z rozgrzaną patelnią gotową do smażenia następnych. Cóż w tym złego, że część prania, głównie pościeli wcześniej pokrochmalonej, już zdążyła wyschnąć? Cóż w tym złego, że sąsiadka przyszła po odbiór spodni, które mama zdążyła uszyć jeszcze nim rozpoczęła pranie?

            Dużo czasu musiało upłynąć nim zrozumiałem, że powodem jest alkohol, a tak naprawdę to nałóg. Ojca było słychać już od kilkudziesięciu metrów od domu. Robiło się ciemno. Szedł prawie marszowym krokiem udając, że się nie chwieje. Głośno wypowiadane słowa, a właściwie wyzwiska, nie wiadomo, na kogo i za co powodowały przyśpieszone bicie mego serca. Paraliżowało mnie to do tego stopnia, że często zapominałem o przygotowaniu sobie ubrań na wypadek, kiedy trzeba będzie uciekać z domu. Mama przerażona najczęściej zamykała się w ostatnim pokoju i zaczynała szyć. Do dziś nie wiem, jak mogła się skupić na pracy wiedząc, co ją za chwilę czeka. Domyślałem się, że nie chce robić nic, co by prowokowało do awantury lub jakiejkolwiek zaczepki. Wszystko na nic. Scenariusz wydarzeń był zawsze taki sam. Różnił się tylko szczegółami związanymi raczej z porą roku, a ściślej mówiąc z rodzajem ucieczki, o ile się udała.

Niewyraźnie wypowiadane słowa, a właściwie bełkot słyszałem w swoich uszach, nawet jak nie były wypowiadane. Słyszałem je, gdy ojciec był jeszcze kilkadziesiąt metrów od domu. Strach. Strach przeszywał mnie całego. Pies, który dla obcych był bardzo groźny, merdał ogonem i nie mógł się doczekać, kiedy jego pan się do niego zbliży. Wskakując przednimi łapami na brzuch i klatkę piersiową ojca lizał go, gdzie popadnie. Zawsze wzbudzało to we mnie obrzydzenie. A tak naprawdę od wtedy, jak się dowiedzieliśmy z mamą, że syn pani doktor dostał liszaje od przytulania się do przypadkowych, a właściwie wszystkich psów, z którymi miał kontakt. Reks, bo tak wołaliśmy na naszego psa, najpierw cicho, potem głośniej poszczekując wdrapywał się coraz wyżej na ojca, jak ten się do niego zbliżał. Skończyło się tym co zawsze. Psa zabawy ośmielały do tego stopnia, że stawał się silniejszy od ojca, osłabionego wieloma kieliszkami. Nie mogąc oprzeć się natarciom Reksa, ojciec padał najpierw na kolana, a potem to już szkoda mówić. Boże, jak ja marzyłem, żeby chociaż raz ten surowy i oschły tata tak ze mną się pobawił, jak z naszym psem.

Kategorie: Fragmenty książek

15 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.