Historia Marka, który przeżył piekło, lecz nie poddał się i osiągnął wolność finansową

POCIĄG

Zawsze, kiedy do Kowalewa wjeżdżał pociąg, którym wracał ojciec z pracy, bicie mego serca stawało się wyczuwalne bardziej niż normalnie. Czy po opuszczeniu pociągu ojciec przyjdzie od razu do domu, czy wróci później, a czasem bardzo późno? Jeśli pojawiał się w domu po 10 minutach po zatrzymaniu się pociągu na stacji, to życie przebiegało w miarę normalnie. Mama przygotowała, jak co dzień, skromny, bo skromny, ale zawsze obiad. Ojciec po zjedzeniu często drzemał jakiś czas, potem jak miał humor to coś zrobił wokół domu. Tak naprawdę to nigdy nikomu nie mówił, co będzie robił, nawet mamie. Często brał kosz i szedł na grzyby do pobliskiego lasu. Rzadko zdarzały się dobre zbiory, bo lasy były głównie iglaste i oprócz olszówek, które mimo ostrzeżeń zbierał, trudno było coś lepszego znaleźć. Czasami zamykał się w środkowym pokoju, coś robił, bo skrzypiała stara szafa, potem w pośpiechu wychodził i rzadko kiedy wracał, jak było jeszcze widno. Gdzie był, co robił? Musiało minąć wiele lat, nim dowiedziałem się prawdy. Zdarzało się, że coś toczył na starej przedwojennej tokarce, która stała w drewnianej szopie. Sąsiedzi, którzy byli rolnikami, przynosili coś do przeróbki lub do dorobienia jakiejś części. Te dni lubiłem, bo tata za swoją pracę dostawał jakieś pieniądze, które w minimalnej części, ale jednak trafiały do mamy. Czasami były to jajka, albo duży indyk, kiedy indziej jakieś inne mięso. Uwielbiałem te momenty. Z tatą można było porozmawiać, mieliśmy co jeść, bo wpadło parę groszy i mama mogła coś ugotować. Zdarzały się nawet takie chwile w naszym domu, że planowaliśmy, co kupimy. Pamiętam, jak ojciec oznajmił, że trzeba mi kupić wieczne pióro, bo dobrze się uczę i powinienem już pisać piórem, a nie stalówką, bo gorsze głąby już dawno mają wieczne pióra. To były piękne chwile. Było ich w tamtym życiu niewiele. Naprawdę niewiele. Ale pamiętam je doskonale, bo czułem się szczęśliwy. Był spokój. Każdy robił coś, co miało sens. Widać było, choć przez mgłę, jakąś przyszłość. Boże, jak ja marzyłem, żeby tak było zawsze! Tak jak to było u Staszka Kozy, któremu wszystkiego zazdrościłem, a najbardziej rodziny, normalnej rodziny. To właśnie tata i mama Stacha byli moimi najbliższymi nie tylko sąsiadami, ale często rodzicami, wzorem do naśladowania. Zdarzało się, i to nierzadko, że ich dom był dla mnie zwykłym schronieniem, jak forteca bywa schronieniem przed bandytami.


16 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.